07.05.2014

Z miłości nie tylko do mody...


Ha! Dziś na tapecie będzie temat trochę z innej beczki, bowiem o gotowaniu będzie mowa. Dlaczego tutaj? A dlaczego nie! To w końcu strona poświęcona moim zainteresowaniom i pasjom, którą prócz mody retro i vintage oraz stylizacji jest gotowanie. Uwielbiam jeść, szamać i maszkecić i nic nie cieszy tak bardzo jak przygotowany samemu posiłek, zwłaszcza gdy obdarowujesz nim innych i dzielisz swoje gastro-zamiłowanie w duecie ze swoją drugą połówką, dzielnie walcząc w kuchni i tworząc kulinarne cuda. Cuda dla nas, dla mnie, dla nikogo innego cudami być nie muszą, ważne, że cieszą najbardziej zainteresowanych - czyli mnie i Vu. W końcu przez żołądek do serca! Uwielbiamy  wspólnie realizować swoje kulinarne perwersje, a jedną z nich jest cotygodniowy, weekendowy rytuał związany z pieczeniem pizzy. Na to danie mamy już chyba 1001 sposobów i nie poprzestajemy na testowaniu kolejnych wariacji. Nie ma weekendu bez pizzy w tym domu, to już niemalże jak tradycja!

Masterchefem nie jestem, ze swoją sklerozą do przepisów ciągle posiłkuję się wiedzą z podręczników, czy też w oparciu o wujka Googla, dlatego też wszelkie namowy ze strony przyjaciół kryjące się pod skandowanym często hasłem - "załóż kulinarnego bloga" nie znajdą raczej swojego odzwierciedlenia w rzeczywistości. Za to chętnie podzielę się z Wami niebawem zdjęciami moich kuchennych wypocin, którymi spamuję nieustannie znajomych na moim fb, ale tym razem chciałam pochwalić się gastro-giftami od moich przyjaciół, którzy zrobili mi najpiękniejszy prezent, o którym marzyłam już od dawna. Jest nim fartuch znanej Wam już zapewne marki Gryfnie, na którym widnieją grafiki opisane rzecz jasna słowami pochodzącymi z gwary śląskiej. Każdy przedmiot ukazany na fartuchu opatrzony jest swoją nazwą, dlatego też bez trudu można dowiedzieć się jak po Śląsku nazywać się będzie wałek, patelnia czy też filiżanka. Produkty tej marki uwielbiam nie od dziś za praktyczność, świetną jakość i przede wszystkim za pomysł. A co kryje się pod hasłem "Warza ino maszkety"? W gwarze Śląskiej znaczy to tyle co "Gotuję same dobre rzeczy". Mam nadzieję, że ja osobiście również i moje kulinarne działania nie skończą się oddaniem fartucha.

W prezencie otrzymałam również książkę, i choć jestem wielką fanką kuchni włoskiej, która w moim jadłospisie jednak wiedzie prym, to szlifowanie kuchni polskiej staje się ogromną przyjemnością. Mam nadzieję niebawem podzielić się z Wami garścią moich kulinarnych przeżyć w formie wizualnej. A tymczasem zostawiam Was z dzisiejszym postem i garścią zdjęć wciąż bardziej modowych niż kulinarnych. Do następnego kochani!








fot. Vu

sukienka: vero moda;  fartuch i książka: prezenty od przyjaciół;  buty: f&f;  rajstopy: gatta

A na deser słodka i nietucząca jak skradzione ciacho piosenka


4 komentarze:

  1. W takim razie ciekawa jestem nadchodzącego :)
    Też lubię włoską kuchnię. Ludzie namawiają do modnego rezygnowania z glutenu, ale kuchnia włoska mnie powstrzymuje.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo fajny ten fartuszek, tylko strasznie długaśny :D

    OdpowiedzUsuń
  3. świetny napis na fartuszku :)

    OdpowiedzUsuń